Zakupy w znanej sieciowce że sprzętem RTV i AGD. Ja zapatrzona w najcudowniejsza patelnie jaka widziałam, ciężka, solidnie wykonana granitowa bestia... Nagle uświadamiam sobie, że mój małżonek zniknął... No nic trzeba go odnaleźć i przekonać o absolutnie niezbędnej potrzebie posiadania owej patelenki. Jak, że to dzień powszedni w sklepie niewielu interesantów. Przemierzam alejki w poszukiwaniu zguby i kiedy tacę już nadzieję zbliża się ON, pracownik z służbowym uśmiechem na ustach i pyta:
-Dzien Dobry. Czy mogę w czymś pomoc?
Jako, że moje myśli skierowane są na tory z gola inne, patelniane, odpowiadam:
-Meza szukam...
Jego uśmiech się poszerza i sięga nawet oczu, gdy odpowiada:
-Przykro mi, ale ja już jestem żonaty, ale jeśli Pani zależy mogę spytać kolegów.
Patrzę na niego jakby z księżyca spadł i w tej samej chwili uświadamiam sobie dwuznacznosc moich słów. Wybucham śmiechem, pracownik mi wtóruje.
Wyjaśniam sytuację pomiędzy salwami swojego rechotu. Od tej pory, gdy spotykam owego pracownika nie umiem powstrzymać się od uśmiechu. On chyba też ?